Notatka #17: Kraina Rity

10.07.2020, Warszawa

Dziś jeszcze można mówić o wyborach, kandydatach i o tym, że jeden z nich udowodnił, że nie nadaje się do pełnienia funkcji, którą jednak sprawuje. W tzw. normalnym kraju (czy są w ogóle takie?) po ostatnich oratorskich popisach pana Sebastiana, pretendent powinien już zamawiać nowe meble do Pałacu. Niestety, z normą jest chyba tak jak z prawdą, każdy ma swoją.

Mityczne już niemal odmrażanie gospodarki przybrało na sile i zamiast śledzić pojedynek o żyrandol, dałem się ponieść pracy. Minister Gliński, któremu, jak wiadomo, kultura leży na sercu (uwaga na zastawki!) załatwił zwiększenie limitów uczestników imprez i koncertów. Ale tak na wszelki wypadek od 17 lipca, żeby już było wiadomo, jaki jest wynik. Choć prawidłowy może być tylko jeden, lepiej dmuchać na zimne, a nuż jakiś koncert zamieniłby się w demonstrację?

Ostatnio wieczorami oglądam duński serial „Rita” o nauczycielce, która zazwyczaj mówi co myśli i robi co chce. Dorośli mają z tym kłopot, za to uczniowie bardzo Ritę lubią i szanują. Czasem tylko jej własne dzieci z trudem znoszą niezależność (?) matki. Nie jest to żadne arcydzieło (Filmweb 7,6/10), ale ta opowieść o lekkim zabarwieniu komicznym mogłaby zainspirować naszych urzędników i polityków, a i pewnie niejednego nauczyciela. Jeżeli założymy, że w skandynawskich szkołach w rzeczywistości jest przynajmniej w 50% tak jak przedstawia to serial, to „Rita” powinna być obowiązkową pozycją dla szefostwa MEN. Natomiast dla tak zwanego ogółu szokujące może być to, w jaki sposób rozmawia się o seksie, macierzyństwie, czy o różnych kłopotach młodzieży. I że się rozmawia. W kontekście ostatnich wydarzeń nie mogę też pominąć jednego elementu fabuły – otóż nastoletni syn Rity jest gejem i jak na razie (skończyłem oglądać drugi sezon) nikt mu z tego powodu nie groził, nie nazywał go bolszewikiem, a na domu Rity nic nie namalowano. Oczywiście to tylko serial, ale miło jest pomarzyć, że jest gdzieś taka kraina, baśniowa niemalże, w której ludzie mogą kochać kogo chcą. Niestety, Krainę Rity z Polską łączy głównie motoryzacja – bohaterka jeździ czerwonym seicento.

I tak trochę w nawiązaniu do dzieci polecam nowy tomik Justyny Bargielskej „Dziecko z darów”, w którym są tak znakomite wiersze jak ten:

BR

Notatka #16: nie wiem

22.06.2020, Warszawa

Ten tekst piszę od kilku dni. Wracam do niego, kreślę, zmieniam wątki główne i poboczne. Wena nie przybija mi piątki. Chwilami, w ramach pocieszenia, myślę sobie, że jestem jak pisarz, który pisze, bo nie wie. * Tyle że ja nie piszę i nie wiem.

Nie wiem na przykład, czy to, że byłem w weekend w trasie po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy to dobry znak, czy raczej rodzaj złudzenia? Czy zaraz nie okaże się, że zamiast odmrażania czeka nas lock down (ach ta pandemiczna nomenklatura!), bo po górnikach przyjdzie pomór kibiców, których właśnie wpuszczono na stadiony? Póki co, branża koncertowa wciąż tkwi w blokach startowych i nie sądzę, żeby przed 28 czerwca ewangeliści dali sygnał do biegu.

Więcej informacji o akcji Otwieramy Koncerty: #otwieramykoncerty

Kilka dni temu skończyłem oglądać serial „Spisek przeciwko Ameryce” według powieści Philipa Rotha. Aktorsko to znakomity pojedynek Morgana Spectora z Winoną Ryder, którym sekunduje John Turturro. Fabuła zaś, choć jej akcja toczy się w czasie drugiej wojny światowej, jest niewygodnie aktualna. Oglądamy alternatywną wersję historii Ameryki, w której to nie Roosevelt po raz trzeci wygrywa wybory w 1940 r., lecz Charles Lindbergh, pionier lotów transatlantyckich. Twórcy serialu, w ślad za Rothem, pokazali – na przykładzie losów rodziny Levinów – co się dzieje, gdy do władzy dochodzi człowiek, który nie tylko uznaje własną wyższość moralną, ale pozwala, by jego izolacjonistyczne poglądy były tożsame z polityką kraju. Kandydat, a później już prezydent, zaczyna od dość zręcznego manipulowania nastrojami antysemickimi. Ale to igranie z ogniem kończy się nieciekawie i polityczny sojusz USA z nazistami wcale nie jest tu najgorszy. W rzeczywistości Lindbergh faktycznie zaangażował się w politykę i był zwolennikiem izolacjonizmu, ale nie przyjął oferowanej przez Republikanów propozycji startu w wyborach.

Nie trzeba wiele wysiłku, by odnieść „Spisek” do współczesnej Ameryki rządzonej przez Trumpa oraz do brunatnobarwionej fali, która przeszła ostatnimi czasy przez Europę. Niestety, na tej fali wypłynęli również nasi rycerze prawdy, chociaż dla zmyłki nazwali to wstawaniem z kolan.

Żyjemy w niełatwych czasach, poziom trudności w pokonywaniu planszy znacząco wzrósł. Można czuć podziw dla lekarzy czy wzruszać się czynami ludzi dobrej woli, ale wystarczy włączyć radio, by przekonać się, że  pandemia jest takim samym politycznym biznesem jak wcześniej katastrofa smoleńska. I doprawdy nie mam pojęcia, czy da się coś z tym zrobić…

BR

* Nawiązuję do słów Wiesława Myśliwskiego, którego przemówienie z 2009 r. wygłoszone na Uniwersytecie Opolskim można przeczytać tutaj.

Notatka #15: wolność i sport

04.06.2020, Warszawa

W weekend skończyłem oglądać „Ostatni taniec”, serial o Michaelu Jordanie i walce Chicago Bulls o szóste mistrzostwo NBA. I tak sobie pomyślałem, że można byłoby się doszukać pewnych analogii między historią Byków a naszą drogą do wolności i tym, co się działo w Polsce w latach 80. Też mieliśmy swojego Jordana, który niejeden mecz wygrał sam, ale bez pomocy wielu świetnych zawodników nie doprowadziłby nas do zwycięstwa roku 89.

31 lat temu grałem w piłkę za blokiem i tylko to się liczyło. Na szczęście starsi i mądrzejsi w tym czasie głosowali za wolnością. Można dyskutować o tym, że to były wybory kontraktowe albo o tym, jak przebiegała potem transformacja, ale podważanie tamtego zwycięstwa jest również kuriozalne co pragnienie polexitu.

Rok temu wrzuciłem na FB piosenkę Kultu „Po co wolność”. Pasowała jak ulał, dziś jest pewnie nawet przeaktualna. Aż trudno uwierzyć, ile się wydarzyło przez 12 miesięcy. Tymczasem lider Kultu, jeszcze kilka dni temu przez wielu widziany na barykadach walki z tyranią, szybko przypomniał wywiadem dla Wirtualnej Polski, że nie aspiruje do takiej roli, ani się do niej nie nadaje. Sądzę, że nie tylko mnie zasmuciły słowa Kazika o tym, że popiera ułaskawienie Janusza Walusia, mordercy Chrisa Haniego, bojownika o zniesienie apartheidu. Można byłoby przyjąć, że artysta lituje się nad zabójcą, który spędził pół życia w więzieniu, ale Staszewski analizuje dalej ówczesną sytuację społeczno-polityczną w RPA, co pokazuje, że zna wagę tamtego zamachu. Szkoda, że zdaje się nie mieć świadomości, iż głosząc tego typu poglądy wspiera panów o rumianych policzkach i brunatnym sumieniu, którzy w Walusiu widzą ostatniego żołnierza wyklętego…

Pamiętam, że w czasach późnej podstawówki i liceum wydawało mi się, że NBA jest zupełnie innym sportem niż koszykówka. Tam biegali szybciej, skakali wyżej, no i grali na kwarty. Mój brat kibicował Bykom, a ja, pewnie trochę z przekory, najpierw Detroit Pistons ze świetnym Isiah Thomasem, a potem Orlando Magic, w którym swoją karierę rozpoczynał człowiek wielu talentów dr Shaquille O’Neal. Oczywiście oglądaliśmy magazyn „NBA Action” w Dwójce i grywaliśmy nawet mecze w przedpokoju, rzucając piłką do kosza z plastikową obręczą. NBA potrafiła zawładnąć wyobraźnią, choć oczywiście numerem jeden zawsze była dla mnie piłka kopana.

„Ostatni taniec” nie jest tylko dla fanów NBA czy Air Jordana. To dość uniwersalna opowieść o tym, jak dzięki uporowi i ciężkiej pracy zdobywa się szczyt. I nawet jeśli Jordanowi z tamtych lat brakowało tego czegoś, co mogłoby go uczynić ikoną tej miary co wspomniany w jednym z odcinków Muhammad Ali, to MJ bezsprzecznie był fenomenalnym sportowcem i znakomitym marketingowcem oraz niekoniecznie najsympatyczniejszym człowiekiem na ziemi. Prawie jak nasz LW, prawda?

Widok na Wietrzne Miasto spod Adler Planetarium

BR

Notatka #14: Maski zdjąć!

27.05.2020, Warszawa

Poprzedni tekst miał być o książkach, ale zakradł się do niego Kazik. A teraz wpadli trzej tenorzy, którzy na dzisiejszej konferencji prasowej odpowiadali tylko na te pytania, które im pasowały, nie tracąc okazji, by wbić ludziom do głowy, że zamieszaniu z wyborami winna jest oczywiście opozycja.

Z kronikarskiego obowiązku informuję, że pan Kowalczewski Trójce już nie szefuje. Do stajni Augiasza wkroczył jego następca, który ma raczej trudne zadanie, bowiem góra trzyma się mocno. Jak dobrze, że to nie moje konie.

Wczoraj był Dzień Matki i chętnie bym swoją mamę uściskał, ale ciągle się z tym wstrzymuję. Wiadomo, grupa ryzyka. Ale jak tylko padnie hasło: Maseczki zdjąć! (prawie jak na lekcji PO), to wsiądę w samochód i popędzę do Działdowa. Zresztą, hasło niby padło, choć chorych raczej nie ubywa, a testów nie przybywa. Słuchałem dziś tej znakomitej konferencji prasowej pana Mateusza, pana Łukasza i pana Piotra i naprawdę szacun dla nich za konsekwencję w tzw. narracji. Panowie przyzwyczaili nas do tego, że decyzje dotyczące społecznych czy gospodarczych aktywności podejmowane są jakoś, gdzieś i przez kogoś*, a ogłaszane w taki sposób, by utrwalić w poddanych przekonanie, że jesteśmy najlepsi i już nawet Bank Światowy nie może się nas nachwalić. Swoją drogą, jak usłyszałem, że służbę zdrowia szybko udało się przygotować do pandemii, to nie wiedziałem, czy się roześmiać czy oburzyć. Dobrze, że nie miałem lusterka, bo pewnie wyszedł mi niezły grymas. Hitem ogłoszeń (to trochę jak nominowanie branż do #hot16challenge) jest umożliwienie organizacji wesel do 150 osób przy jednoczesnym podtrzymaniu zakazu działania klubów i dyskotek. Podobno na weselu wszyscy się znają i łatwiej zidentyfikować ludzi, gdyby pojawił się nieproszony gość wirus. A czy nie można byłoby zrobić koncertu w klubie, pod warunkiem, że uczestnicy zostawią swoje numery lub maile? Nie znam się, ale mam wrażenie, że epidemiologicznie koncert i wesele to bliźniacze ogniska zakażeń. Ale może ktoś z rządzących ma zaplanowany ślub na czerwiec? Albo tradycyjnie chodzi o wybory.

Zastanawiam się też, co się zmieniło od czasu, gdy kilka tygodni temu minister Szumowski zapowiadał, że maseczki będzie można zdjąć dopiero, jak zostanie wynaleziona szczepionka? Czy zasada o ciemnym ludzie, co to wszystko kupi wciąż obowiązuje? Pytanie goni pytanie!

Zdejmijmy maseczki i zacznijmy się kochać! – to parafraza wezwania mojego przyjaciela z czasów licealnych. Byliśmy wtedy na biwaku i mieliśmy przed sobą całą dorosłość. W naszym życiu sporo się zmieniło, w polityce, jak się okazuje, zmieniło się niewiele.

 

BR

PS * (Choć podobno po konsultacjach z wieloma specjalistami – czy w innych krajach też nikt nie wie, kto faktycznie doradza rządowi?)

Notatka #13: zaKazik

18.05.2020, Warszawa

Miałem w weekend napisać o książkach i dedykacjach, bo maj – poza Broniewskim – kojarzy mi się z targami książki. Ale tekst wcale nie chciał wyjść, jakby czuł, że nie ma odpowiedniej przestrzeni. Może dlatego, że dookoła wszyscy nadawali o radiowej Trójce?

Piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój” najpierw wygrała 1998 notowanie LP3, a potem zniknęła razem z całym zestawieniem, bo podobno jednak była czwarta. Kuriozalne oświadczenia redaktora naczelnego stacji niewiele wniosły, może poza tym, że słuchacze poznali jego nazwisko, bo zmiany na tym stanowisku w ostatnich latach mają tempo pociągu ekspresowego. A zaraz może się okazać, że to jednak pendolino i pan Kowalczewski będzie mógł wrócić do czynnego dziennikarstwa. Znamienne jest to, że nawet, jeśli faktycznie coś gdzieś w LP3 nawaliło, to nikt rozsądny w to nie uwierzy, bo dobrozmianowa ekipa za dużo już napsuła. Ale tę gorzką pigułkę w postaci oskarżeń o cenzurę zapewne przełknie bez skrzywienia.

Nie jestem wychowankiem Trójki, w liceum grane było Radio Olsztyn. Tam w liście przebojów „Raga Top” pierwszy raz usłyszałem m.in. piosenkę „Lewe lewe loff” Kultu. W poniedziałki zamiast się uczyć słuchałem audycji „Głową w mur” Grzegorza Kasjaniuka, a nocami Norberta Dudziuka aka Norbi. Dziś, RO włączam z sentymentu, gdy jestem w rodzinnym mieście albo kiedy chcę posłuchać relacji z meczu Stomilu. Stacja, podobnie jak pozostałe lokalne rozgłośnie Polskiego Radia, stała się przedłużeniem organu centralnego i nawet jeśli proponuje coś ciekawego, to szybko okazuje się, że pomysł to nie wszystko. Na początku narodowej kwarantanny RO postanowiło grać wyłącznie po polsku, by wspomóc tantiemami rodzimych artystów. Niestety, akcja trwała raptem półtora miesiąca, a Leszek Sobański, prezes RO, podsumował ją tak: Po tych kilku tygodniach okazało się, że ilość polskich radiowych piosenek wcale nie jest imponująca, utwory zaczęły się powielać. Dlatego zdecydowałem, że wprowadzamy na antenę 30 proc. piosenek zagranicznych, 70 proc. nadal będą stanowiły nagrania polskich artystów. (…) Większego urozmaicenia muzyki na antenie oczekiwali słuchacze, czemu dawali wyraz w kontaktach z redakcją. (za Wirtualnemedia.pl). Słuchacz przemówił, sprawa skończona.

Lubiłem Radio PIN (Magdalena Juszczyk, Maciej Ulewicz, tzw. dawna Karolina Korwin-Piotrowska), przez jakiś czas także RDC (sprawdzało się w biurze), a od kilku lat jestem w drużynie TOK FM. I chociaż ze względów zawodowych słucham różnych stacji, to prywatnie wolę, gdy radio do mnie mówi. Bo w tych stacjach, w których jest dużo muzyki, często nie da się słuchać tego, co jest pomiędzy piosenkami. Chociaż są oczywiście wyjątki i Trójka do nich należała. Należała.

A o prawdziwym Radiu Tirana można poczytać w Polityce.

BR

Notatka #12: szesnastka

12.05.2020, Warszawa

Co roku jest tak samo, gdy tylko wiosna popuści lejce, przypomina mi się Broniewski. Nie wszyscy za nim przepadają, a z jego bogatego życiorysu można wyjmować zdarzenia ilustrujące niemal dowolną tezę.
Ale to dobry poeta był.

Internet ostatnio zdominowała akcja #hot16challenge2 i tego co się wydarzyło nie mógł przewidzieć nawet najlotniejszy satyryk. Pomaganie w walce z wirusem, wpłata kasy na słuszny cel, współzawodnictwo w rapowych skillsach, wszystko świetnie! Powstało sporo niezłych szesnastek, akcja wciągnęła nawet kilku raperów, którzy od dawna rzadko nagrywają. Rapowa młodzież pokazała, jak dziś wygląda ta muzyka, a stara gwardia potwierdziła swoją moc w stylu klasycznym. Po prostu muzyczna uczta! Niestety, najpierw do gry włączyli się artyści-celebryci, potem gwiazdy popu, a w końcu politycy.
O brutalnym i nienawistnym nagraniu Janusza Korwina-Mikke można byłoby próbować jakoś zapomnieć. Można byłoby się podśmiewać z występów profesorów: Matczaka i Bodnara. I można byłoby obstawiać, kiedy zarapuje Robert Lewandowski. Tymczasem przyszedł pan Andrzej i zaorał akcję. Spowodował, że sensowna inicjatywa obrzydła zapewne niejednemu jej uczestnikowi. O estetyce nie ma co dyskutować, bo wykonanie „Ostrego cienia mgły” było na poziomie wczesnoszkolnym. Natomiast udział głowy państwa w charytatywnej akcji, w trakcie której zbiera się pieniądze na chronicznie niedofinansowaną służbę zdrowia to Himalaje absurdu i cynizm. Czyj to był pomysł to kwestia drugorzędna, strzał w kolano bolałby chyba mniej. I jeżeli, czego należy się obawiać, pan Mateusz podejmie wyzwanie, to czy następny będzie minister Szumowski czy może jednak pan Jarosław? I mierzi mnie jeszcze to, że Solar, inicjator akcji, poza szlachetnością promuje nietolerancję, informując w swoim nagraniu, że „jebie LGBT tęczę”. Niezły dwupak.

Wracając do maja, który poczęstował nas śniegiem. To wina zimnej Zośki, jak mi powiedziała K. Katolicy wspominają świętą Zofię 15 maja, a całe to zjawisko tłumaczy się tak: (…) po okresie utrzymania się wyżu barycznego zmienia się cyrkulacja atmosferyczna. Miejsce wyżu zajmuje wówczas niż, który przynosi ze sobą zimne powietrze z obszarów polarnych (źródło: gazeta.pl). Proste?

Na szczęście to tylko zimne epizody, więc „Poezja” – czterdziestka Władysława Broniewskiego sprawdzi się doskonale. Zresztą, każdy może z niej wybrać ulubione szesnaście wersów i recytować, rapować albo śpiewać. Niech się mai!

Fragment wiersza za: Władysław Broniewsku „Wiersze i poematy”, Warszawa 1974, PIW

BR

Notatka #11: spotkanie

05.05.2020, Warszawa

Niestety, ciechanowski eksperyment koncertowy się nie powiódł (https://bit.ly/2L2UIBQ). Ludzie wylegli z bloków, by zobaczyć Kasię Kowalską. Oczywiście, można się zżymać, że nie zachowali dwumetrowego dystansu, a niektórzy maseczki mieli na brodach. Ale można też dostrzec w tym całym zamieszaniu to, że ludzie potrzebują koncertów i kontaktu z innymi, a artyści i ich ekipy chcą pracować. Być może jakimś nadzwyczajnym fartem ktoś w „rządzie” podrapie się po głowie, choćby w płytkim zamyśleniu i zrozumie, że te rzekomo niewiele ważące dla gospodarki imprezy masowe mają jednak znaczenie, choćby społeczne? I że dostrzeżenie tego sektora być może – politycznie, rzecz jasna – się opłaci?!
Przy okazji, czy naiwni również się rodzą, czy nas się jednak sieje?

Skoro mowa o spotykaniu się – a sądząc po pustkach na osiedlowym parkingu w długi weekend, majówka się udała – przypomniał mi się pewien film, w którym Richard Jenkins gra nudnawego wykładowcę akademickiego. Walter Vale (Dolina!) od lat pracuje w przeciętnym koledżu, jest wdowcem i prowadzi dość jednostajny tryb życia. Pewnego dnia przyjeżdża na gościnne występy do Nowego Jorku i odkrywa, że jego opuszczone mieszkanie zajęła para nielegalnych imigrantów. Nie, nie dzwoni na policję. Pozwala, by to spotkanie stało się przygodą, zmienną, która nada jego życiu nowy rytm.

Rola Jenkinsa została doceniona nominacją do Oscara, pochwały zebrał też Tom McCarthy, reżyser i autor scenariusza (znany za sprawą „Spotlight”, wcześniej doceniony za „Dróżnika”, a warto też obejrzeć „Wszyscy wygrają”). Polski tytuł tego filmu – „Spotkanie” wyjątkowo dobrze pasuje do tej historii, może nawet lepiej niż oryginalny „The Visitor” (trailer).

Film powstał niemal w pradawnych czasach, bo jeszcze przed erą Baracka Obamy (tak, to ten światowy przywódca, który za niezłe przemowy dostał Pokojową Nagrodę Nobla). I dekadę temu, po kinowym seansie, wydawało mi się to banalne – ot, solidna filmowa robota z książkowym morałem. Aż tu nagle kilka wojen później, po (?) kryzysie uchodźczym i w trakcie zarazy okazuje się, że truizmy stają się prawdą objawioną. Prosta historia, która może przydarzyć się każdemu, niesie jasne przesłanie. Bądź otwarty na drugiego człowieka. Nie bój się zmiany. Słuchaj siebie. Niemal jak trzy cnoty boskie, które wszyscy znamy na pamięć. Może czas nauczyć się nowych?

Muzykę do „Spotkania” skomponował Jan A. P. Kaczmarek, https://spoti.fi/2L55ozX

 

BR

Notatka #10: bawełniane zbroje

27.04.2020, Warszawa

Czasem słowa przychodzą od razu we właściwym szyku, sprawnie oddają myśli, nie gubią znaczeń. Jakby wiedziały, że służą, że są spoiwem, bez którego świat mógłby się rozpaść. A czasem słowa trzeba wyrywać z siebie i mozolnie wtaczać pod górę, próbując nadać im właściwy sens. Czasami się też po prostu milczy, jak w kolejce do kasy w dyskoncie, gdy towarzyszą ci cudze oczy.

To moje najnowsze odkrycie. Że być może nadchodzi czas patrzenia sobie w oczy, uważnego słuchania i mówienia. Namysłu, skupienia i bycia tu i teraz. I poznawania. Oczy mogą wiele wyrazić, a jednak rzadko dajemy im szansę. Sprawy więc przejął wirus i wszechmocny minister, który kazał nam założyć zwiewne kagańce. Nie wiesz, kto jest po drugiej stronie. Uśmiechu lub złości możesz się tylko domyślać, wypatrując odpowiednich zmarszczek wokół oczu. Nie wypatruj tylko łez, bo tych mamy nadmiar. Wirus zabija ludzi, susza zabija ziemię, słońce wysysa wodę, a my czekamy aż ktoś coś zrobi. Tak mi się jakoś napisało.

Z tymi maseczkami to jest jeszcze tak, że dzięki nim statystyczna pani Halina i statystyczny pan Henryk, oboje raczej w okolicach emerytury, stają się odważniejsi. Oczywiście tylko pozornie, bo zapewne boją się tak samo jak wcześniej, ale już nie trzymają dystansu, już się przepychają w sklepie i próbowaliby zająć najlepsze miejsca w autobusach, gdyby te były przepełnione. Pozwalają sobie nawet na żarty z tych, co sprawę traktują nieco poważniej. Państwo H. mają maseczki – zbroje z bawełny, które pozornie chronią ich przez wirusem, na ulicy, w sklepie i w ogóle. Podobnie się zachowuje pani Monika, pewnie bliżej czterdziestki, oraz nieco młodszy pan Wojciech, którzy czują się dużo swobodniej, znów są wolni i na swoich warunkach mijają sąsiadów na klatkach, podchodzą do okienka na poczcie i zagadują farmaceutę w aptece. Zbroja z fizeliny daje im moc. Stają się jak Planetarianie z proekologicznej kreskówki, choć żadne z nich prawdopodobnie nie uratuje ani siebie, ani Ziemi.

I jest jeszcze pan Iwan, od którego odbieram przesyłki przy paczkomacie. Nie używa maseczki ani rękawiczek, ale jest miły i stara się zrozumieć numery i kody, które podają zamaskowani klienci.
Oczy zwykle ma bardzo zmęczone.

Mural na ścianie L’Espace Autogéré des Tanneries, niezależnego centrum kultury w Dijon,
mieszczącego się w dawnej fabryce rowerów, czerwiec 2018, https://tanneries.org

BR

Notatka dziewiąta: artyści w sieci

23.04.2020, Warszawa

Zaczęło się rozmrażanie gospodarki – wszystko jest przeanalizowane, policzone i podzielone na etapy. Na szczęście nie podano żadnych terminów – przecież nie będziemy tak naiwni jak Czesi. Niech szefowie firm się głowią, co i jak, w końcu wszyscy mamy dużo czasu.

Tutaj miał być cytat z premiera o tym, jak to imprezy masowe, w tym również kulturalne, nie mają zbytniego znaczenia dla gospodarki. Ale nie ma co powielać bzdur. To oczywiste, że po politykach nie wolno się spodziewać zbyt wiele, a tych kilku sensowych, którzy się pojawili, można wspominać w Zaduszki. Reszcie należy zaoferować co najwyżej tzw. zaufanie minimalne na wzór płacy minimalnej, którą politycy tak chętnie szermują, udając, że znają się na gospodarce. Albo na kulturze. A znają się głównie na podchodach. Bo jak ocenić nagłe czterokrotne zwiększenie budżetu programu „Kultura w sieci” przez ministra Glińskiego? Jak się znajduje 60 milionów złotych? Czy to nie jest przypadkiem próba zarzucenia sieci w poszukiwaniu elektoratu wśród zdesperowanych artystów? Decyzja została ogłoszona dzień po zakończeniu naboru do programu, który – to już w Polsce tradycja – przebiegał w rytm padających serwerów i musiał być przedłużony, żeby wszyscy chętni zdążyli. Czysta demagogia. A to przykład pierwszy z brzegu, można byłoby długo wymieniać decyzje i zagrania, które fundują nam politycy, by zrealizować własne cele i zadbać o swój interes. I nie żebym się uwziął na ekipę rządzącą, która, fakt, jest wyjątkowo nieudolna. Niestety, nadzieja na to, że inni byliby dużo lepsi jest płonna, bo władza deprawuje, niezależnie jak wzniosłe słowa masz na sztandarze.

Płyta sprzed 23 lat, a momentami wyjątkowo aktualna:
https://nnnw.bandcamp.com/album/wszystkie-sztandary

Tymczasem świętujmy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich! Mam nadzieję, że to jeden z niewielu plusów aktualnej sytuacji, że ludzie nie tylko wyprzedają książki, ale też więcej czytają. Ja zacząłem biografię Bolesława Prusa – Monika Piątkowska „Prus. Śledztwo biograficzne”. A po obejrzeniu „Ostrych przedmiotów” (https://youtu.be/DgljcMqPG98) nabrałem ochoty na powieść Gillian Flynn, na podstawie której powstał ten serial. Dobry, ale momentami bardzo trudny, nieznośny i duszny. Intryga, nieco zagmatwana, chwilami schodzi na dalszy plan za sprawą świetnego aktorstwa. Amy Adams w roli dziennikarki zmagającej się z własnymi demonami potrafi wywołać u widza wszelkie możliwe uczucia, w zależności od tego, jak bardzo balansuje na linie. I Patricia Clarkson w roli matki, która jest tak odpychająco doskonała (albo doskonale odpychająca!), że człowiek nabiera ochoty, by osobiście się z nią rozprawić. Tylko osiem odcinków, ale zalecam dawkować nie więcej niż dwa na wieczór. A potem melisa i spać.

BR

PS Złożyliśmy z M. wniosek w ramach programu „Kultura w sieci”, ale złowić się nie damy.

Notatka ósma: szalom!

19.04.2020, Warszawa

W zeszłym roku to była świąteczna niedziela, pogoda też dopisywała i można było pójść, gdzie się chce, zaś wirusy zatruwały wówczas głównie nasze komputery. Któraś z telewizji, chyba ta z amerykańskim kapitałem, wyemitowała fabularyzowany dokument „Kto napisze naszą historię?” Roberty Grossman (https://youtu.be/A4EDUk3EH4o). Film wyprodukowany przez Nancy Spielberg opowiada o działalności organizacji Oneg Szabat i Emanuela Ringelbluma, który zgromadził tysiące dokumentów na temat życia w warszawskim getcie. Ringelblum ze współpracownikami zbierali początkowo głównie informacje związane z życiem Żydów w stolicy, ale z czasem organizacja stała się swoistym ośrodkiem badawczym, który zajmował się wszystkim, co dotyczyło życia społecznego polskich Żydów pod niemiecką okupacją. Praca, jaką wykonało tych kilkadziesiąt osób, a właściwie dzieło jakim jest Archiwum Ringelbluma, to coś niespotykanego na skalę światową.

Warto zgłębić temat: http://www.jhi.pl/archiwum-ringelbluma.

Dziś jest 77. rocznica powstania w getcie warszawskim. W jego dawnych granicach wzniesiono kilka lat temu piękny gmach Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN (https://www.polin.pl), instytucji, która dba o pamięć o Żydach. Tuż obok, od 1948 r., stoi Pomnik Bohaterów Getta. Kiedy pod koniec lat 90. przyjechałem na egzaminy wstępne na UW, przez pomyłkę wylądowałem w akademiku przy ul. Zamenhofa. Byłem z A. i na miejscu okazało się, że mamy przydział do akademika przy klubie Proxima, który jest na drugim końcu miasta. Udało nam się jakoś przekonać panią z administracji i zostaliśmy na Muranowie. Lato było piękne tego roku, jak u Gałczyńskiego. Egzaminy trwały kilka dni, więc kiedy nie chciało nam się uczyć albo chcieliśmy poczytać w nieco przyjemniejszym otoczeniu, to chodziliśmy posiedzieć przy pomniku – wtedy był tam skwer z podwójnym szpalerem drzew, ławeczkami i ścieżką. Wprawdzie egzaminów nie zdałem i nie zostałem specjalistą ds. stosunków międzynarodowych, to została mi sympatia do Muranowa i bywam tam czasem tak po prostu, pospacerować albo zjeść tybetańskie pierożki w pasażu przy Jana Pawła. Świadomość, że to dzielnica, która powstała na gruzach (dosłownie) i na cmentarzu chyba nie pozwoliłaby mi tu nigdy zamieszkać, choć kilka razy było już blisko. Może to tylko kwestia czasu? Szalom alejchem!

Widok na Pomnik Bohaterów Getta z Muzeum Polin, lato 2013 r.


Jehuda Amichaj z tomu „Koniec sezonu pomarańczy”, przeł. Tomasz Korzeniowski, Izabelin 2000, Wydawnictwo Świat Literacki

BR