Notatka #24: poeci i piłkarze w jednym stoją domu

18.10-26.11.2020, Warszawa

Kilka tygodni temu pierwszy raz sięgnąłem po „Znak”, czasopismo, które prawdopodobnie każdy humanista powinien czytać od kołyski. Numer 784. poświęcony był zdrowiu psychicznemu i po tej niełatwej lekturze miałem nawet coś do powiedzenia, ale tekst gdzieś mi utknął. Wrócił wczoraj, gdy nadeszły wieści o śmierci Diego Maradony.

Justyna Bargielska, znakomita poetka, opowiedziała w „Znaku” o życiu z chorobą afektywną dwubiegunową. Opisała fragment swojej rzeczywistości z okolic początku pandemii, o tym, jak walczyła, by trwać. Pewnie wiele osób pamięta, co robiło ósmego marca, choć raczej nie ze względu na kalendarzowe święto kobiet, a na fakt, że był to ostatni weekend wolności. Ja akurat byłem w zagranicznej delegacji i spacerowałem z kolegami z pracy po deszczowym Delft, kupiłem gomółkę sera i fajansowy kubek z „Dziewczyną z perłą” Vermeera. Pani Justyna miała mniej przyjemny dzień i choć, jak sama pisze, statystycznie wszyscy mieliśmy ciężko przez ostatnie miesiące, to jednak akurat pandemia kiedyś się skończy. Chyba. Nie bardzo mi się to składa, trudno pisze się o cudzych emocjach, choć pewnie, że łatwiej niż o swoich… Może po prostu przeczytajcie, co i jak napisała Pani Justyna. Zrobiła to tak potoczyście, że chciałoby się, aby to była literacka fikcja. Ale nie jest.

Fot. FIFA.comFot. FIFA.com

Wczoraj odszedł półbóg, półpiłkarz Diego Armando Maradona. Król masowej wyobraźni abdykował w wieku zaledwie 60 lat. Był jedną z największych gwiazd sportu XX wieku. Dzięki swojemu talentowi i pracy, doprawionymi mieszanką sprytu, arogancji i szczęścia wyszedł z biedy i stanął na sportowym szczycie, zdobywając z drużyną Argentyny mistrzostwo świata w Meksyku w 1986 r. Ćwierćfinałowy mecz tamtego turnieju Argentyna-Anglia (2:1) przyniósł dwa cuda, które otworzyły Maradonie drogę do świętości. Najpierw strzelił gola ręką i widziało to sto tysięcy ludzi na stadionie, lecz nie zauważył tego sędzia. Być może słusznie, skoro Maradona po meczu stwierdził, że to była ręka Boga („mano de Dios”). Dla odmiany druga bramka padła po wybornej akcji, podczas której Boski Diego mijał jak tyczki kolejnych rywali. Akcja ta uznawana jest za jedną z najbardziej spektakularnych w dziejach futbolu.

W następnym sezonie Maradona doprowadził do pierwszego w historii mistrzostwa Włoch przeciętną wówczas drużynę z Neapolu, stając się jednym z symboli miasta, nie mniejszym, lecz na pewno bardziej wybuchowym, niż Wezuwiusz. W klubowej gablocie wylądowały również trofea za Puchar i Superpuchar Włoch, kolejne mistrzostwo i Puchar UEFA. Władca Neapolu nosił numer 10 („El Diez”). Niestety, przegrany w finale z Niemcami mundial Italia’90, obfitujący w podteksty i napięcia – półfinałowy mecz Włochy-Argentyna rozegrano na kipiącym od emocji stadionie Napoli – spowodował, że  opuszczał ukochane miasto niczym zbieg.

Maradona przyciągał skandale jak magnes, zarówno te boiskowe – jako zawodnik FC Barcelona sprowokował bijatykę po meczu z Athletic Bilbao w 1984 roku, a 10 lat później opuszczał MŚ w USA po wykryciu dopingu – jak i te pozaboiskowe – bliskie spotkania z neapolitańską mafią, aresztowania za posiadanie kokainy, strzelanie z wiatrówki do dziennikarzy czy kontrowersyjna zażyłość z Fidelem Casto. W tle było wieloletnie uzależnienie od narkotyków i alkoholu, które niewątpliwie wpłynęły na karierę słynnej dziesiątki. Bycie Diego Maradoną to na pewno nie była łatwa robota – każdy chciał grać jak on, lecz nikt nie chciałby nim być.

Przypominał trochę upadłych mistrzów boksu, którzy wchodzą na ring, niezależnie od formy sportowej i mentalnej, byle tylko znów poczuć dreszcz i/lub zarobić trochę pieniędzy i/lub zapomnieć o wewnętrznym mroku. W dokumencie Asifa Kapadii „Diego” piłkarz mówi wprost: Na boisku życie się nie liczy. Nie liczą się problemy. Nic się nie liczy.

Według badań WHO z 2010 r. 38,2% populacji krajów UE wraz z Islandią, Norwegią i Szwajcarią cierpi na jakieś zaburzenia psychiczne, w tym uzależnienia (za raportem „Zdrowie psychiczne
w Unii Europejskiej”
). Można zatem przyjąć, że prawie każdy z nas zna kogoś, kto zmaga się ze sobą. Bądźmy uważni. Nieważne, czy i jaki talent posiadamy.

Fot. BocaJuniors.com

BR

Notatka #23: list(opad) sprzed lat

14.11.1862, Paryż

Mam czasem tak skłopotaną głowę, że niekoniecznie za zupełną logiczność pisań moich poufnych odpowiadać mogę i winienem. (…)

(…) Oto jest społeczność polska! – społeczność narodu, który nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczeństwo jest żaden.
Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim – ale – ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale czego od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym!
(…)
Jesteśmy żadnym społeczeństwem.
Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym.
Może powieszą mię kiedyś ludzie serdeczni za te prawdy, których istotę powtarzam lat około dwanaście, ale gdybym miał dziś na szyi powróz, to jeszcze gardłem przywartym chrypiałbym, że Polska  jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród.
Kto zaś jedną nogę ma długą jak oś globowa, a drugiej nogi wcale nie ma, ten – o! – jakże ułomny kaleka jest!
Gdyby Ojczyzna nasza była tak dzielnym społeczeństwem we wszystkich człowieka obowiązkach, jak znakomitym jest narodem we wszystkich Polaka poczuciach, tedy bylibyśmy na nogach dwóch, osoby całe i poważne – monumentalnie znamienite. Ale tak, jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – i jesteśmy karykatury, i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi… Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem…
(…)

Cyprian Norwid

Wszystkiego najlepszego z okazji Narodowego Święta Niepodległości!

BR

PS  To fragment listu Norwida do Michaliny Zaleskiej za: Cyprian Norwid, Pisma wierszem i prozą, wybór i wstęp Juliusz W. Gomulicki, Warszawa 1973, s. 322-323.

Londyńska ulica została nazwa na cześć pubu, ale na odsiecz przyszedł Jan III Sobieski, przynajmniej według Wikipedii

Notatka #22: gniew

26.10.2020, Warszawa

Trudno dziś pisać o czymś innym niż o wyroku powolnego rządowi Trybunału Konstytucyjnego.* I pewnie wielu z nas zastanawia się, co oni robią i czy może tym razem nie przelicytowali? Niestety, nie sądzę. Ten ich tetris ma sens, bo na końcu gry jest władza. A wszystko inne: pieniądze, stanowiska i rząd dusz, o którym marzą to bonusy.

Skandaliczny wyrok TK raczej nikogo nie zdziwił, a jednak skala sprzeciwu społecznego jest chyba lekko zaskakująca dla wszystkich. To już nie jest 10 tys. parasolek i kilka ostrych wypowiedzi w przestrzeni publicznej. To jest prawdziwa wściekłość, która napędza walkę. Oby jednak #tojestwojna nie było hasłem dosłownym. Pół biedy, że nie trafia do mnie, bo pachnie przemocą, ale nie wydaje mi się, by trafiło do tych mniej przekonanych i/lub do ludzi z mniejszych miast i wsi. Tymczasem bez nich nie uda się skłonić tej władzy do ustępstw. Jeśli nie będzie więcej takich Sochaczewów, w którym w weekend protestowało ponad tysiąc osób na 38 tys. mieszkańców, to płomień szybko wygaśnie. Obawiam się też, że przesilenie może nastąpić dopiero, gdy dojdzie do tragedii – zbyt ostrej interwencji policji, jakiegoś wypadku czy, odpukać, działania terrorystycznego. Walka tak, wojna nie. Gniew tak, nienawiść nie. Tak to widzę.

Chwilami mam wrażenie, że ta gra jest ustawiona, tyle że przez kiepskiego szulera. Trzeba było zająć lewaków kwestią aborcji, by wreszcie dali spokój z tym LGBT, a minister Czarnek mógł się zabrać za formowanie nowego Polaka. Przy okazji można przykryć protesty rolników przeciwko tzw. piątce dla zwierząt oraz indolencję w walce z zarazą. A przecież już do kolejki po wsparcie dołączają ludzie z branży fitness i gastro. I jak tu spokojnie szykować lockdown? Na szczęście policja jest po właściwej stronie, a wojo na ulicę zawsze zdąży się wysłać. Dobrze, że przynajmniej odpuściły unijne szwadrony praworządności.

Mam jednak nadzieję, że Mistrzowie Polski w Rządzeniu solidnie się pomylą, a na to #wypierdalać zasłużyli tyle razy i tak bardzo, że powinni się cieszyć, że jeszcze po nich nie przyszli. Lub nie przyszły. Jeszcze.

* Dla jasności: według większości prawników ekipa magister Przyłębskiej jest tylko atrapą Trybunału Konstytucyjnego.

BR

PS Jestem w trakcie pierwszego sezonu serialu „Opowieści podręcznej” i odnoszę wrażenie, że to wizualizacja marzeń chłopców prawicowców. Ja trzymam kciuki za June!

Fot. Flickr.com

Notatka #21: jutro będzie futro

20.09.2020, Warszawa

Minęło już trochę czasu od ostatniego tekstu i zastanawiam się, czy jest do czego wracać? Zakładając, że rację mają specjaliści twierdzący, iż koronawirus zostanie z nami na długo, to trzeba albo się przystosować i zacząć pisać dzienniki, albo porzucić pisanie i skupić się na ratowaniu własnej firmy, środowiska naturalnego lub zdrowego rozsądku.

Chociaż na to ostatnie może być już za późno. Bo jeżeli pan Jarosław okazuje się najbardziej radykalnym obrońcą zwierząt, któremu piątkę przybić powinni wszyscy punkowcy, to znaczy, że świat stanął na głowie. Albo, że to zwykła polityka i wcale nie o zwierzęta tu chodzi.
W zamierzchłych czasach, gdy byłem młodym gniewnym idealistą, w necie – wróć: na ulotkach i w zinach – pojawiały się różne antyfutrzarskie hasła. Jedne zgrabne i przewrotne, jak np. „Tylko bestie noszą futra”, inne bardziej bezpośrednie: „Futro – luksus za cenę śmierci i cierpienia”. Miałem też przypinkę z wyznaniem: „Ulegając modom, zniewalasz sam siebie”, która chyba też była związana z tą tematyką. I dziś, po dwudziestu z górą latach, spełnienie młodzieńczych postulatów może zapewnić satrapa z Żoliborza.
To ironia losu czy znak czasów?

Ulotka z lat 90. Federacji Zielonych

Kupowałem niedawno prezent dla 18-letniego siostrzeńca i będąc w księgarni zacząłem się zastanawiać, co czytają licealiści? Kiedy mój wzrok padł na „Waldena” H.D. Thoreau uzmysłowiłem sobie, że nie mam pojęcia. Pamiętam za to, że o życiu w lesie czytałem właśnie jakoś w trzeciej klasie ogólniaka i choć dziś eseje myśliciela z Concord mogą się wydawać nieco naiwne i nie zawsze przystające do rzeczywistości, to na pewno są znakomitym ćwiczeniem intelektualnym, wzmacniającym wrażliwość i empatię. Zresztą, „Walden” to kopalnia aforyzmów niemal na każdy temat, animalny również. Oto co Thoreau pisał dobre 160 lat temu:

Niezależnie od tego, co sam praktykuję, nie mam wątpliwości, że przeznaczeniem gatunku ludzkiego w miarę stopniowego postępu jest po części skończyć z jedzeniem zwierząt. To niechybnie nastąpi, podobnie jak u dzikich plemion skończono z jedzeniem siebie nawzajem wskutek zetknięcia się z ludźmi bardziej cywilizowanymi. [1]

Niestety, ja również praktykuję co innego, ale HDT miał rację, choć niekoniecznie co do samego uzasadnienia.
W księgarni spędziłem niemal godzinę i ostatecznie kupiłem książkę o rozwoju prywatnej astronautyki z posłowiem Stephena Hawkinga. Mam nadzieję, że M. znalazł w niej coś dla siebie. A ponieważ planuje studiować medycynę, to wierzę, że wrażliwości i empatii mu nie zabraknie, nawet jeżeli nigdy nie sięgnie po „Waldena”.

BR

PS Oby tytuł tej notatki, nawiązujący przy okazji do akcji Fundacji Viva!, był przewrotnie proroczy i nasi parlamentarzyści wespół z panem Andrzejem dźwignęli temat.

[1] H. D. Thoreau, Walden czyli życie w lesie, tłum. Halina Cieplińska, Warszawa 1991,
PIW, s. 263-264.

Notatka #20: znad morza

15-16.08.2020, Gdańsk-Warszawa

Niemal równo pięć miesięcy temu byłem ostatni raz w Trójmieście. Wracałem w przededniu pomoru, pośród plotek o zamykaniu miast i wojsku na ulicach. Wtedy nie widziałem morza, nie było okazji, teraz wreszcie jest. Morze nie wystraszyło się wirusa, nie uciekło i nadal świeci odbitym blaskiem.

Na plażach w Gdańsku tłum jak na Dworcu Centralnym i ruch jak na Marszałkowskiej, choć to już trochę przestarzałe porównania. A poza tym na dworcach ludzie noszą maseczki. Chyba. Podobnie w hotelu – tu występuje maskowanie teoretyczne, bo niemal co druga osoba – i nie tylko goście – nie zasłania nosa, więc równie dobrze maseczki sprawdząją się na łokciach. Chwilami odnoszę wrażenie, że wirus jest gdzieś daleko, nawet dalej niż na Śląsku czy w Małopolsce, raczej gdzieś tam na świecie albo nawet na innej planecie. Może dlatego w toaletach na stacjach benzynowych ręce można w najlepszym wypadku osuszyć, a nie wytrzeć; w łazienkach w knajpach czasem brakuje nie tylko papierowych ręczników, ale i mydła; a w tzw. obiektach handlowych i usługowych dominują odrażające konsystencją i zapachem środki do dezynfekcji, których po jednokrotnym użyciu instynktownie się unika. No i oczywiście są maseczki, które obsługa lokali ściąga, jak tylko rusza w stronę zaplecza. I piszę to ze świadomością, że nie jestem mistrzem w przestrzeganiu zasad – mój ojciec regularnie mnie poucza w tej kwestii, a ja się śmieję, że kupię sobie zestaw ochronny P1.

Oczywiście gadamy przez telefon, bo wizyty nadal unikam – w Działdowie co 40. mieszkaniec jest objęty kwarantanną domową, a choruje już 1 na 400. Ile jest takich 20-tysięcznych miast, których nie widać w statystykach, a które za chwilę mogą być niewydolne, nie tylko w zakresie opieki zdrowotnej, ale po prostu nie będą w stanie realizować swoich podstawowych funkcji, bo zabraknie nauczycieli, strażaków albo urzędników? Czy wtedy dowiemy się, że to sprawa samorządów, a jedynym wsparciem będą szwadrony terytorialsów dostarczające ludziom chleb i wodę?

Niestety, jest kiepsko i na razie nie zanosi się, że będzie lepiej, nawet jeżeli dziś było trochę mniej zachorowań niż wczoraj. Okazuje się bowiem, że siłą narodu, wspartego mądrością rządzących, wybraliśmy wariację na temat modelu szwedzkiego i brytyjskiego (tego z początku pandemii) – trzeba to przechorować i żyć dalej. Albo nie przeżyć. Zawsze jest jakieś wyjście.

Morze swoim majestatem przynosi spokój. Jest jak najtrwalszy punkt odniesienia, jeśli można tak określić fale morskiej piany. Szkoda tylko, że latem trudno zostać z nim sam na sam.

BR

Notatka #19: Coelho nie pomaga

05.08.2020, Warszawa

Właściwie powinienem zacząć od zniechęty czyli namawiać i odradzać jednocześnie. Kto dobrze sypia i jest lekkim optymistą, niech sobie tego nie psuje. A kto widzi świat w nieco realniejszych barwach i lubi rozkminy, może śmiało sięgnąć po nowy serial z Markiem Ruffalo.

„To wiem na pewno” nie jest to wybitny serial. Nie hula od pierwszej minuty, nie wciąga jak wir i spokojnie można odpisać na esemesa. Czasem się dłuży, a czasem niepotrzebnie miesza szyk narracji. Ale to też taki serial, który wydaje się, że został nakręcony po to, by widz mógł sobie przypomnieć, co oznacza niechciana praca domowa.

Oglądasz, bo wiesz, że powinieneś. I niby jest nieźle, Ruffalo gra znakomicie, ale jednocześnie jest ciężko i pod górę, jak na parkingu w galerii handlowej, na który wjeżdżasz wysłużonym autem. I już w trakcie pierwszego odcinka zastanawiasz się, czy oglądać dalej? Ale oglądasz. Może nie na raz, choć to tylko sześć odcinków, może nawet przez miesiąc, ale oglądasz. I nie możesz przestać, bo ta historia odwołuje się do jakichś takich emocji, które w sobie nosisz i którymi na co dzień się nie zajmujesz. I kiedy kończy się ostatni odcinek wcale nie czujesz satysfakcji czy ulgi. Raczej sprawdzasz w sieci, gdzie kupić książkę Wally’ego Lamba, która jest kanwą serialu. I dopiero, gdy okazuje się, że to cegła na 800 stron, to przychodzi ulga, że producenci zdecydowali się na miniserial.

Kiedy ogląda się takie historie, to trochę jakby zaglądać komuś przez ramię jego psychoterapii. Albo przypominać sobie różne biblijne przypowieści weryfikowane przez brutalną codzienność / prozę życia. Do głowy przychodzą wszystkie banalne powiedzenia o tym, że biednemu wiatr w oczy, że wyrządzone zło wraca, że taka karma. Dopasować można też niejeden cytat z Paulo Coelho, np. Przebaczenie jest dwukierunkową drogą, bo ilekroć przebaczamy komuś, przebaczamy również samemu sobie. (felieton w „Zwierciadle” 07/2007). I co? I nic. Ból pozostaje bólem, złość złością, zaś triada: wiara, nadzieja, miłość dużo lepiej wygląda na kartkach katechizmu niż sprawdza się w realnym życiu. Taki to serial.

A Mark Ruffalo to nie tylko świetny aktor, ale i jak się wydaje, nieprzeciętny człowiek, zaopatrzony zapewne w spore zapasy cierpliwości. Jako dziecko cierpiał na niezdiagnozowane ADHD, wziął udział w ponad 600 castingach, zanim zaczęto go dostrzegać, a kilkanaście lat temu zwalczył guza mózgu, który na rok sparaliżował mu mięśnie twarzy. Jest aktywny społecznie – wspiera społeczność LGBT i ruch pro choice, bardzo nie lubi G. W. Busha, a w poprzednich wyborach prezydenckich w USA poparł Berniego Sandersa. Klasyczny lewak z trzema nominacjami do Oscara! Co ciekawe, każda z nich jest za rolę drugoplanową: „Wszystko w porządku” (2010), „Foxcatcher” (2014) i „Spotlight” (2015), głośny, także u nas, film o tuszowaniu pedofilii przez amerykański kler. Choć wcale bym się nie zdziwił, gdyby dla tzw. statystycznego widza Ruffalo miał twarz Hulka z „Avengersów”.

Mark Ruffalo jako Dominick Birdsey w „To wiem na pewno”
fot. Atsushi Nishijima/HBO, źródło: http://nytimes.com

Miłego oglądania!

BR

PS Nie dałem nawet linku do trailera, bo K. obraziłaby się na mnie za spoilerowanie, a wiem, że już zaczęła oglądać.

Notatka #18: co z tą nadzieją?

28.07.2020, Warszawa

18. notatka, cykl wchodzi w dorosłość, więc powinno być poważnie. I tak się robi po sprawdzeniu statystyk zachorowań na COVID-19. Wygląda na to, że niewiele się zmieniło, choć zmieniło się bardzo dużo. Maseczki i płyny antybakteryjne można kupić niemal w każdym sklepie, lasy i stadiony są otwarte, a Kasprowy Wierch ugina się pod ciężarem turystów.

Życie właściwie toczy się normalnym rytmem. Mistrzowie Polski w Rządzeniu mówią to, co im się wydaje, że ludzie chcieliby usłyszeć – w myśl starej zasady, że nie można pozwolić, by prawda stanęła na drodze dobrej opowieści. I nie ma znaczenia, czy chodzi o fundusze europejskie, publiczną telewizję czy tak banalną rzecz, jak niezależność sądownictwa. Amoralność spowszedniała.

Słuchałem ostatnio Sariusa, który w jednej z piosenek wspomina o nadziei, z którą umówił się podmiot liryczny, ale dał jej numer z błędem. I chyba trochę tak jest teraz u nas. Pół Polski dostało numer z błędem i próbuje się dodzwonić. Do nadziei? Do tej drugiej połowy? Pół Polski jest zajęte wstawaniem z kolan i liczeniem szmalu. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu głośno było o Polakach mieszkających w Wielkiej Brytanii i żyjących z tzw. benefitów. Dziś już nie trzeba wyjeżdżać, wystarczy głosować na populistów.  Ale wybory już za nami, teraz zapewne czeka nas lockdown 2.0. Współczuję rodzicom, którzy będą toczyli boje ze szkołami, ale i pewnie ze sobą nawzajem, gdy się okaże, że jedyny apel, który się odbędzie 1 września to ten na Westerplatte.

Z nadzieją kojarzy mi się stara piosenka Krzysztofa Daukszewicza z płyty „Pralnia”, której słuchaliśmy z bratem na adapterze Artur we wczesnych latach 90. „Przyszli dziś złodzieje” zabrać mi nadzieję. Oczywiście złodzieje nie słuchali, ze śmiechu płakali, bo zabrać komuś nadzieję to największa frajda i okrucieństwo jednocześnie. Złodzieje znają swój fach i mieli dobry numer.

Mimo wszystko mam nadzieję, choć ledwie odczuwalną, że jakoś przetrwamy jesień, trzymając kciuki za naukowców poszukujących antidotum na koronawirusa oraz za producentów szczepionek przeciw grypie, żeby dali radę zaopatrzyć cały świat.

BR

Notatka #17: Kraina Rity

10.07.2020, Warszawa

Dziś jeszcze można mówić o wyborach, kandydatach i o tym, że jeden z nich udowodnił, że nie nadaje się do pełnienia funkcji, którą jednak sprawuje. W tzw. normalnym kraju (czy są w ogóle takie?) po ostatnich oratorskich popisach pana Sebastiana, pretendent powinien już zamawiać nowe meble do Pałacu. Niestety, z normą jest chyba tak jak z prawdą, każdy ma swoją.

Mityczne już niemal odmrażanie gospodarki przybrało na sile i zamiast śledzić pojedynek o żyrandol, dałem się ponieść pracy. Minister Gliński, któremu, jak wiadomo, kultura leży na sercu (uwaga na zastawki!) załatwił zwiększenie limitów uczestników imprez i koncertów. Ale tak na wszelki wypadek od 17 lipca, żeby już było wiadomo, jaki jest wynik. Choć prawidłowy może być tylko jeden, lepiej dmuchać na zimne, a nuż jakiś koncert zamieniłby się w demonstrację?

Ostatnio wieczorami oglądam duński serial „Rita” o nauczycielce, która zazwyczaj mówi co myśli i robi co chce. Dorośli mają z tym kłopot, za to uczniowie bardzo Ritę lubią i szanują. Czasem tylko jej własne dzieci z trudem znoszą niezależność (?) matki. Nie jest to żadne arcydzieło (Filmweb 7,6/10), ale ta opowieść o lekkim zabarwieniu komicznym mogłaby zainspirować naszych urzędników i polityków, a i pewnie niejednego nauczyciela. Jeżeli założymy, że w skandynawskich szkołach w rzeczywistości jest przynajmniej w 50% tak jak przedstawia to serial, to „Rita” powinna być obowiązkową pozycją dla szefostwa MEN. Natomiast dla tak zwanego ogółu szokujące może być to, w jaki sposób rozmawia się o seksie, macierzyństwie, czy o różnych kłopotach młodzieży. I że się rozmawia. W kontekście ostatnich wydarzeń nie mogę też pominąć jednego elementu fabuły – otóż nastoletni syn Rity jest gejem i jak na razie (skończyłem oglądać drugi sezon) nikt mu z tego powodu nie groził, nie nazywał go bolszewikiem, a na domu Rity nic nie namalowano. Oczywiście to tylko serial, ale miło jest pomarzyć, że jest gdzieś taka kraina, baśniowa niemalże, w której ludzie mogą kochać kogo chcą. Niestety, Krainę Rity z Polską łączy głównie motoryzacja – bohaterka jeździ czerwonym seicento.

I tak trochę w nawiązaniu do dzieci polecam nowy tomik Justyny Bargielskej „Dziecko z darów”, w którym są tak znakomite wiersze jak ten:

BR

Notatka #16: nie wiem

22.06.2020, Warszawa

Ten tekst piszę od kilku dni. Wracam do niego, kreślę, zmieniam wątki główne i poboczne. Wena nie przybija mi piątki. Chwilami, w ramach pocieszenia, myślę sobie, że jestem jak pisarz, który pisze, bo nie wie. * Tyle że ja nie piszę i nie wiem.

Nie wiem na przykład, czy to, że byłem w weekend w trasie po raz pierwszy od ponad trzech miesięcy to dobry znak, czy raczej rodzaj złudzenia? Czy zaraz nie okaże się, że zamiast odmrażania czeka nas lock down (ach ta pandemiczna nomenklatura!), bo po górnikach przyjdzie pomór kibiców, których właśnie wpuszczono na stadiony? Póki co, branża koncertowa wciąż tkwi w blokach startowych i nie sądzę, żeby przed 28 czerwca ewangeliści dali sygnał do biegu.

Więcej informacji o akcji Otwieramy Koncerty: #otwieramykoncerty

Kilka dni temu skończyłem oglądać serial „Spisek przeciwko Ameryce” według powieści Philipa Rotha. Aktorsko to znakomity pojedynek Morgana Spectora z Winoną Ryder, którym sekunduje John Turturro. Fabuła zaś, choć jej akcja toczy się w czasie drugiej wojny światowej, jest niewygodnie aktualna. Oglądamy alternatywną wersję historii Ameryki, w której to nie Roosevelt po raz trzeci wygrywa wybory w 1940 r., lecz Charles Lindbergh, pionier lotów transatlantyckich. Twórcy serialu, w ślad za Rothem, pokazali – na przykładzie losów rodziny Levinów – co się dzieje, gdy do władzy dochodzi człowiek, który nie tylko uznaje własną wyższość moralną, ale pozwala, by jego izolacjonistyczne poglądy były tożsame z polityką kraju. Kandydat, a później już prezydent, zaczyna od dość zręcznego manipulowania nastrojami antysemickimi. Ale to igranie z ogniem kończy się nieciekawie i polityczny sojusz USA z nazistami wcale nie jest tu najgorszy. W rzeczywistości Lindbergh faktycznie zaangażował się w politykę i był zwolennikiem izolacjonizmu, ale nie przyjął oferowanej przez Republikanów propozycji startu w wyborach.

Nie trzeba wiele wysiłku, by odnieść „Spisek” do współczesnej Ameryki rządzonej przez Trumpa oraz do brunatnobarwionej fali, która przeszła ostatnimi czasy przez Europę. Niestety, na tej fali wypłynęli również nasi rycerze prawdy, chociaż dla zmyłki nazwali to wstawaniem z kolan.

Żyjemy w niełatwych czasach, poziom trudności w pokonywaniu planszy znacząco wzrósł. Można czuć podziw dla lekarzy czy wzruszać się czynami ludzi dobrej woli, ale wystarczy włączyć radio, by przekonać się, że  pandemia jest takim samym politycznym biznesem jak wcześniej katastrofa smoleńska. I doprawdy nie mam pojęcia, czy da się coś z tym zrobić…

BR

* Nawiązuję do słów Wiesława Myśliwskiego, którego przemówienie z 2009 r. wygłoszone na Uniwersytecie Opolskim można przeczytać tutaj.

Notatka #15: wolność i sport

04.06.2020, Warszawa

W weekend skończyłem oglądać „Ostatni taniec”, serial o Michaelu Jordanie i walce Chicago Bulls o szóste mistrzostwo NBA. I tak sobie pomyślałem, że można byłoby się doszukać pewnych analogii między historią Byków a naszą drogą do wolności i tym, co się działo w Polsce w latach 80. Też mieliśmy swojego Jordana, który niejeden mecz wygrał sam, ale bez pomocy wielu świetnych zawodników nie doprowadziłby nas do zwycięstwa roku 89.

31 lat temu grałem w piłkę za blokiem i tylko to się liczyło. Na szczęście starsi i mądrzejsi w tym czasie głosowali za wolnością. Można dyskutować o tym, że to były wybory kontraktowe albo o tym, jak przebiegała potem transformacja, ale podważanie tamtego zwycięstwa jest również kuriozalne co pragnienie polexitu.

Rok temu wrzuciłem na FB piosenkę Kultu „Po co wolność”. Pasowała jak ulał, dziś jest pewnie nawet przeaktualna. Aż trudno uwierzyć, ile się wydarzyło przez 12 miesięcy. Tymczasem lider Kultu, jeszcze kilka dni temu przez wielu widziany na barykadach walki z tyranią, szybko przypomniał wywiadem dla Wirtualnej Polski, że nie aspiruje do takiej roli, ani się do niej nie nadaje. Sądzę, że nie tylko mnie zasmuciły słowa Kazika o tym, że popiera ułaskawienie Janusza Walusia, mordercy Chrisa Haniego, bojownika o zniesienie apartheidu. Można byłoby przyjąć, że artysta lituje się nad zabójcą, który spędził pół życia w więzieniu, ale Staszewski analizuje dalej ówczesną sytuację społeczno-polityczną w RPA, co pokazuje, że zna wagę tamtego zamachu. Szkoda, że zdaje się nie mieć świadomości, iż głosząc tego typu poglądy wspiera panów o rumianych policzkach i brunatnym sumieniu, którzy w Walusiu widzą ostatniego żołnierza wyklętego…

Pamiętam, że w czasach późnej podstawówki i liceum wydawało mi się, że NBA jest zupełnie innym sportem niż koszykówka. Tam biegali szybciej, skakali wyżej, no i grali na kwarty. Mój brat kibicował Bykom, a ja, pewnie trochę z przekory, najpierw Detroit Pistons ze świetnym Isiah Thomasem, a potem Orlando Magic, w którym swoją karierę rozpoczynał człowiek wielu talentów dr Shaquille O’Neal. Oczywiście oglądaliśmy magazyn „NBA Action” w Dwójce i grywaliśmy nawet mecze w przedpokoju, rzucając piłką do kosza z plastikową obręczą. NBA potrafiła zawładnąć wyobraźnią, choć oczywiście numerem jeden zawsze była dla mnie piłka kopana.

„Ostatni taniec” nie jest tylko dla fanów NBA czy Air Jordana. To dość uniwersalna opowieść o tym, jak dzięki uporowi i ciężkiej pracy zdobywa się szczyt. I nawet jeśli Jordanowi z tamtych lat brakowało tego czegoś, co mogłoby go uczynić ikoną tej miary co wspomniany w jednym z odcinków Muhammad Ali, to MJ bezsprzecznie był fenomenalnym sportowcem i znakomitym marketingowcem oraz niekoniecznie najsympatyczniejszym człowiekiem na ziemi. Prawie jak nasz LW, prawda?

Widok na Wietrzne Miasto spod Adler Planetarium

BR